Blog > Komentarze do wpisu

,,Rock-Mann'' czyli jak Pan Mann nie został saksofonistą

To jedna z tych książek, które czytam jednym tchem, a następnie żal mi tego, iż tak szybko ją przeczytałem. Z niezwykłą błyskotliwością i właściwym sobie poczuciem humoru, Wojciech Mann napisał coś w rodzaju autobiografii, barwnie opisując najważniejsze wydarzenia w ciągu całej swej kariery dziennikarza i redaktora muzycznego, oraz satyryka i autora tekstów piosenek.

Wojciech Mann to dla mnie postać kultowa, z jaką obcuję poprzez radio (rzadziej TV) praktycznie od dziecka. Jednym tchem mógłbym wymienić te najważniejsze głosy radia, które przed laty kształtowały moje gusta muzyczne i których zapowiedzi przed właściwym utworem nadawanym w eterze były zwiastunem przynajmniej kilku minut muzyki z najwyższym znakiem jakości: Piotr Kaczkowski, Dariusz Michalski, Roman Waschko i wielu innych będących prawdziwymi legendami Polskiego Radia. Wymienione nazwiska kojarzone są głównie z Programem III, przyznać się jednak muszę iż ,,Trójki'' zacząłem słuchać w większym wymiarze dopiero w czasach, gdy rozpoczęto nadawanie audycji w systemie stereo o zasięgu ogólnopolskim (początkowo PR III brzmiał w stereo tylko lokalnie: w Warszawie i okolicach). Jako dumny posiadacz stereofonicznego odbiornika produkcji rodzimej: ,,Amator Stereo'' w drugiej połowie lat 70. ub.wieku (strasznie to brzmi... już więcej nie napiszę: ,,ub.wieku'' :) ), chciałem cieszyć się w pełni przestrzennym dźwiękiem a taki zapewniał na terenie całego kraju ówczesny Program II prezentujący w większym wymiarze muzykę lżejszą (patrz -wspomniani dwa wpisy wstecz -,,wykonawcy z kręgu Humperdincka''). Pamiętam jednak, iż to właśnie w ,,Dwójce'' (a nie ,,Trójce''!) po raz pierwszy usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego prowadzącego wraz z Jadwigą Skolarską sobotnie bloki ,,Studio Stereo''. Podczas słuchania jednej z audycji, pewnej grudniowej nocy roku pamiętnego, kilka minut po północy sygnał audycji zanikł a Pani Jadwiga i Pan Marek nie pożegnali się ze słuchaczami. Będąc przekonany, iż to efekt kolejnej awarii anteny zbiorczej (to taki wynalazek na osiedlach mieszkaniowych, mający na celu uniknięcie lasów anten wyrastających na każdej ścianie tzw. ,,bloków mieszkalnych''), odłożyłem słuchawki (nieodłączny atrybut melomana zamieszkującego ,,blok mieszkalny'') i położyłem się spać. Rano okazało się że nie ma w telewizji ,,Teleranka'' a na kolejne audycje radiowe przyszło mi czekać dobrych kilkanaście miesięcy. Nie mogę więc z czystym sumieniem napisać, iż to ,,Trójka'' kształtowała moje gusta muzyczne, gdyż słuchając również ówczesnego Programu II miałem i tam swoje ulubione głosy radiowe: Bogdan Fabiański, Krzysztof Szewczyk, później również: Tomasz Szachowski (niezwykły ,,Wieczór płytowy''), które zwiastowały oprócz muzyki rockowej -również tzw. muzykę środka i jazz. Jeśli więc o swój rozrzut zainteresowań muzycznych miałbym winić, bądź być wdzięcznym radiu lat 70. i 80. to jest w takim razie fuzją muzyki słuchanej z ówczesnej ,,Trójki'' i ,,Dwójki'' (,,Jedynka'' nadawała wówczas wyłącznie na falach długich raniąc moją wrażliwość i estetykę szumami z eteru -Programu Pierwszego zacząłem więc słuchać zdecydowanie później).
Wracając do osoby Wojciecha Manna; istnieje w mojej świadomości od zawsze, choć nie wszystkie Jego poczynania napawają mnie zachwytem (w tym Jego pseudosatyryczny tandem z K.Materną przed laty, czy -o zgrozo!- program ,,Szansa na sukces'', o którym autor własnej biografii sprytnie zapomniał nie wspomniawszy o tym epizodzie na stronach ksiązki). Pierwszy raz zobaczyłem w TV Pana Manna, gdy demonstrował okładkę płyty JETHRO TULL: ,,Stand Up'', podczas której otwierania wycięte papierowe postacie muzyków wstawały (tak jak dzieje się w niektórych książeczkach dla dzieci). Pamiętam jak w owych czasach, gdy każda tzw. ,,zachodnia płyta'' była prawdziwą relikwią -zazdrościłem jej temu potężnemu Panu z TV... Tak, każda płyta ze strefy dolarowej to był wówczas prawdziwy skarb, mający ponadto w ówczesnej Polsce po nie zawsze legalnym imporcie, niesłychaną cenę (ja pierwszy ,,zachodni'' longplay zakupiłem za równowartość połowy miesięcznej wypłaty Mego Taty)... Pomyślałem sobie że Ten Pan to musi być Gość, skoro posiada takie skarby. Tak zostało: Wojciech Mann to dla mnie wielki ,,Gość'' -postać kultowa i legendarna. Po Jego autobiograficzną książkę sięgnąłem więc bez chwili zastanowienia.
Mann sięgnął do samych początków swojej przygody z muzyką, kiedy to wstąpił do harcerskiego zespołu Gawęda i chciał pozować do zdjęcia z saksofonem w ręku, na którym grać nie umiał (ostatecznie kazano mu trzymać w rękach klarnet) -stąd tytuł książki. Kolejne losy bohatera związane ze zbieractwem płyt (niechlubny incydent z retuszowaniem zdartej płyty przeznaczonej na sprzedaż), stacjami radiowymi (pierwszą była Rozgłośnia Harcerska), przygodami z muzykami (m.in. niezapomniana prywatka w domu Marii Szabłowskiej z grupą ANIMALS, czy duet wokalny z samym STEVIE WONDEREM na Stadionie Dziesięciolecia) i wyjazdami za granicę, opisywane są w niezwykle humorystyczny sposób i z zachowaniem wielkiego dystansu autora do własnej osoby. Co ciekawe; czytając tą książkę miałem wrażenie, iż słyszę głos Pana Manna z właściwymi dla Niego intonacjami i akcentami, a więc ewentualne wydanie jej w wersji audio book uważałbym z mojego punktu widzenia za zbyteczne. Jest też wątek ...hmm... romantyczny (?), gdy autor wspomina o swym oczarowaniu i zachwycie poznaną w Sopocie chińską piosenkarką Wei Wei, którą na umieszczonym w książce zdjęciu obejmuje z rozpromienionym uśmiechem na twarzy. Nie wspomina przy tym ani słowem o wokalnych atrybutach Pani Wei Wei.
Opowieść Wojciecha Manna to historia chłopca, którego życiowe marzenia muzyczne spełniły się z nawiązką. Nie jest to jednak ,,baśń o Kopciuszku'' jako że autor nie ukrywa przed czytelnikiem pewnych faktów, jak: rodzina za granicą (co w latach 70. stanowiło nie lada furtkę do większych możliwości), czy biegła znajomość angielskiego od dziecka (w tamtych latach mało kto miał możliwość nauki tego języka).
Jak napisałem we wstępie: książkę tą przeczytałem jednym tchem, lecz wracał będę do niej na pewno niejednokrotnie. Choćby po to by uporządkować pewne fakty, przeczytać jeden z rozdziałów jako pojedynczą opowieść (tak książka została zredagowana), czy po raz kolejny roześmiać się przy jednej z opublikowanych ,,list przebojów'' Pana Wojciecha (jak np. ,,Pięć zdumiewających tekstów piosenek'' czy ,,Pięć piosenek o najwyższym stopniu okropności''). Ponadto wiele opisywanych w niej zdarzeń po prostu sam pamiętam. Nawet tych traktowanych przez Pana Manna jako niemalże prehistoryczne jak recital ABBY w ,,Studio 2'' czy koncert DONOVANA w Sopocie (gdy ogłupiona -ogłupiała?-publiczność skandowała: ,,Jason! Jason!'').
 Jak to jest? Przecież od zawsze jak tylko sięgnę pamięcią do swego niemowlęcego wieku muzycznego -Pan Mann już tam był... i to dorosły, taki jak dziś... Idąc za przykładem autora ,,Rock-Manna'' również sprawdziłem swój PESEL i również się uspokoiłem :) .

Wojciech Mann: ,,Rock-Mann czyli jak nie zostałem saksofonistą'' (wyd. Znak, 2010)

czwartek, 13 stycznia 2011, longplay_2010

Polecane wpisy

Komentarze
2011/06/06 15:37:35
tez czytalem :) usmialem sie, jak to zwykle bywa znajac styl i dowcip mann'a. szczegolnie podobala mi historia, kiedy wspomina ze w mlodzienczych czasach gdy zachodnie plyty byly bezcenne wolably zadusic malego kotka niz pozyczyc komus plyte ze swojej wlasnej kolekcji... swoja droga jest tam kilka niezlych zakulisowych ciekawostek z czasow prl'owskiej estrady :)

NOWY ADRES

Od 1 marca wszystkie nowe wpisy
publikowane są pod adresem:

longplay1.blogspot.com